Mroki przemysłu kosmetycznego – testowanie na zwierzętach

Testowanie kosmetyków na zwierzętach to wciąż kontrowersyjny temat, wokół którego krąży wiele mitów i domysłów. Oficjalnie – prawo unijne zakazuje przeprowadzania takich testów, jednak większość, bo aż prawie 80% krajów dalej to robi, a wielkie koncerny skutecznie omijają przepisy. Na sklepowych półkach widnieją kosmetyki z nadrukowaną obietnicą – „nietestowane na zwierzętach”, „cruelty free”, „vegan”, jednak piękne słowa może mówić każdy, a szara rzeczywistość nierzadko wygląda zupełnie inaczej. 

Oprócz kosmetyków, zakres przeprowadzanych na zwierzętach eksperymentów jest niezwykle szeroki: testowanie lekarstw, badanie stanów lękowych i depresji, sprawdzanie wytrzymałości fizycznej i wpływu alkoholu na organizm, ocena skuteczności promieniowania radioaktywnego i ultrafioletowego. Chociaż temat testowania na zwierzętach jest coraz głośniejszy, a społeczna świadomość na ten temat skutecznie wzrasta, to jednak w dalszym ciągu sporo osób nie wie jak dokładnie wygląda ten przemysł, laboratoria są owiane pilnie strzeżoną tajemnicą, półki sklepowe kłamią, a koncerny ignorują problem. Cała otoczka wokół testowania kosmetyków na zwierzętach sprawia, że wokół tego tematu narosło wiele mitów i kontrowersji, a w ludzkich umysłach narodziło się mnóstwo pytań – czym można zamienić testy na zwierzętach, czy testowanie bez udziału zwierząt jest możliwe, gdzie znaleźć kosmetyki cruelty free? 

Historia eksperymentów na zwierzętach

Cierpienie zwierząt trwa już od bardzo długiego czasu – sięga bowiem aż starożytnej Grecji, gdzie pierwsze eksperymenty na zwierzętach przeprowadzał Erasistratos z Keos, jeden z założycieli szkoły medycznej w Muzejonie. Jednak w historię doświadczeń na zwierzętach wpisał się inny lekarz, pochodzący z Rzymu Galen, uważany za jednego z pionierów medycyny. Ten starożytny lekarz dzięki badaniom przeprowadzanym na świniach i małpach odkrył istnienie obecności krwi w naczyniach i stworzył obraz ludzkiej anatomii. 

Wraz z nadejściem nowożytności i kultu rozumu, publiczne wiwisekcje stały się źródłem edukacji i rozrywki dla publiczności. Przeprowadzał je między innymi Wesaliusz, twórca nowożytnej anatomii, żyjący w latach 1514-1564. Trzeba przyznać, że wiek XVI i XVII obfitowały w odkrycia z zakresu medycyny, a większość z nich nie byłaby możliwa gdyby nie doświadczenia przeprowadzane na zwierzętach. Choć obecnie takie podejście uważane jest za niehumanitarne i okrutne, to jednak w tamtych czasach takie badania były konieczne do dalszego rozwoju. To właśnie dzięki eksperymentom na zwierzętach Williamowi Harvey’owi, angielskiemu biologowi, udało się odkryć, że to właśnie serce nieustannie pompuje krew do naczyń krwionośnych, które tworzą układ zamknięty. Co więcej, to właśnie on przeprowadził badania na temat mechanizmu działającego jak pompa ssąco-tłocząca serca.

Masową skalę eksperymenty na zwierzętach osiągnęły jednak dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem przemysłu farmaceutycznego, chemicznego i kosmetycznego, które nieustannie wymagały testowania nowych rozwiązań i produktów. Rozwój badań prowadzonych na zwierzętach osiągnął takie tempo, że już w drugiej połowie XX wieku do eksperymentów używanych było ponad milion zwierząt, a obecnie, mimo towarzyszącej temu problemowi kontrowersji, liczba ta ciągle wzrasta – głownie za przyczyną inżynierii genetycznej i powstawania coraz to nowszych leków.

Troska o losy zwierząt laboratoryjnych może wydawać się czymś, co rozpowszechniło się dopiero na przełomie kilku, kilkunastu ostatnich lat, jednak problem natury etycznej zauważono już znacznie wcześniej. W drugiej połowie XX wieku, kiedy eksperymenty na zwierzętach stały się bardzo popularne, zaczęto szukać sposobu na polepszenie życia stworzeń wykorzystywanych do badań. W tym celu w 1959 roku powstała zasada 3R, stworzona przez Rexa L. Burcha i Williama Russella. Polegała ona na prowadzeniu humanitarnych badań in vivo – czyli badań przeprowadzanych wewnątrz żywego organizmu. Nazwa zasady 3R pochodzi od pierwszych liter trzech angielskich słów – replacement, reduction, refinement, czyli odpowiednio: zastąpienie, zredukowanie i udoskonalenie. Wprowadzenie tej zasady do badań poprawiło nieco losy zwierząt laboratoryjnych. 

  1. replacement – polega na zastąpieniu zwierząt w badaniach i używaniu metod, które pozwalają na uniknięcie wykorzystywania ich do przeprowadzania eksperymentów
  2. reduction – polega na ograniczeniu liczby zwierząt wykorzystywanych do przeprowadzenia badania
  3. refinement – polega na zminimalizowaniu bólu i urazów, których mogą doświadczyć zwierzęta, na których przeprowadzane są eksperymenty, oraz na poprawieniu warunków ich bytowania

Teoria w starciu z rzeczywistością

Chociaż zasada 3R sformułowana 60 lat temu brzmi bajkowo i idealistycznie, to jednak smutna rzeczywistość laboratoryjnych zwierząt jest daleka od tej przedstawionej w trzech słowach na „r”. Większość koncernów kosmetycznych i farmaceutycznych odpada już po pierwszym podpunkcie, bo pomimo istnienia już wielu metod pozwalających na zastąpienie zwierząt w eksperymentach, duża część firm po prostu z nich nie korzysta. Nie po drodze jest im do wykorzystywania w swoich badaniach sztucznych tkanek, modeli matematycznych czy komputerowych, nie pokuszą się tym bardziej o wynalezienie nowej metody, skoro istnieje ta, ich zdaniem, najprostsza i najszybsza. 

Mroczne sekrety przemysłu kosmetycznego, do tej pory skrzętnie zamiatane pod dywan, coraz częściej wychodzą na światło dzienne, a do opinii publicznej dociera smutna prawda – eksperymenty na zwierzętach dalej istnieją i mają się dobrze. Jednym z testów przeprowadzanych na zwierzętach jest na przykład test Draize’a, wykonywany najczęściej na królikach – polega on na wprowadzeniu testowanej substancji pod powiekę zwierzęcia. Jak można się domyślić, często skutkuje to podrażnieniem, zapaleniem spojówek a nawet ślepotą. A co dzieje się dalej z takim „niezdolnym do pracy” zwierzęciem? No cóż, zostaje skazane na śmierć. A jeśli ma odrobinę „szczęścia w nieszczęściu”, a uszkodzenia nie są rozległe, może zostać wykorzystane do innych testów. Jednym z nich jest na przykład test LD50 czyli test na „dawkę śmiertelną”, który – jak sama nazwa wskazuje – ma na celu zbadanie toksyczności danej substancji. Do LD50 najczęściej wykorzystywane są myszy i szczury, które pod wpływem testowanych na nich substancji doznają bolesnych skurczy, paraliżu i ostatecznie śmierci. 

Od 2004 roku na terenie UE obowiązuje całkowity zakaz testowania kosmetyków na zwierzętach, a od 2013 roku – zakaz stosowania w kosmetykach testowanych składników oraz prowadzania na rynek produktów zawierających je. Mimo wszystko koncerny potrafią obejść te zakazy, a kosmetyki są jedyną grupą, które obejmuje to prawo – oznacza to, że wciąż można wykorzystywać zwierzęta do badania leków, suplementów diety i substancji chemicznych. 

Mimo wszystko wprowadzony zakaz skutecznie uśpił czujność konsumentów – w końcu jeśli produkt jest na półce w sklepie znajdującym się na terenie Unii Europejskiej, to znaczy, że jest cruelty free. Czy to prawda? Niestety nie. Dużym problemem jest sprawa Chin, w których testowanie kosmetyków na zwierzętach nie jest zakazane, a wręcz wymagane – rocznie do testów wykorzystuje się średnio aż 12 milionów zwierząt. Co więcej, aby dany produkt mógł zostać wpuszczony na rynek chiński, musi on zostać przetestowany – oznacza to, że chociaż niektóre firmy kosmetyczne w samej Unii Europejskiej nie testują swoich kosmetyków na zwierzętach, to jednak sprzedając swoje produkty w Chinach dają ciche przyzwolenie na kontynuowanie brutalnego traktowania żywych istot, a co więcej – same przykładają do tego ręce. Do takich firm należą między innymi tak znane marki jak Rimmel czy Max Faktor.

Alternatywy dla testów na zwierzętach

W dyskusji na temat przeprowadzania testów na zwierzętach mogą pojawić się głosy także drugiej strony – w końcu kosmetyk musi być przecież przetestowany zanim trafi na rynek. Owszem, musi zostać przetestowany, żeby nie wyrządził krzywdy żadnemu człowiekowi. Jednak obecnie istnieje już wiele innych metod, które pozwalają na zbadanie szkodliwości substancji. Mitem jest więc stwierdzenie, że z testów na zwierzętach nie da się zrezygnować. Co więcej – nie istnieje żadna logiczna przesłanka, która przemawiałaby za przeprowadzaniem takich badań.

Wraz z rozwojem nauki pojawiły się alternatywne metody wykorzystywane do testowania kosmetyków. Są to między innymi: metoda komórkowa in vitro i sztuczna skóra. Obecnie doświadczenia można przeprowadzać już na przykład na hodowlach bakterii czy drożdży. Jest to oczywiście droższe niż wykorzystanie do testów zwierząt i właśnie o sprawę pieniędzy rozchodzi się cały problem – chęć zarobku w przypadku niektórych firm niestety znacząco przewyższa poczucie etyki i zasady moralne.

Na szczęście na rynku istnieje także dużo koncernów kosmetycznych, które ponad majątek przekładają dobro istot żywych. Dodatkowo, wbrew powszechnemu przekonaniu, część z tych produktów nie jest wcale droga, a dużo z nich jest dostępnych w popularnych drogeriach, takich jak Rossmann czy Hebe. Wśród firm cruelty free można wymienić między innymi Isanę, markę własną Rossmanna oraz Catrice. Dużo osób nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że część kupowanych przez nich produktów pochodzi od firm nietestujących na zwierzętach. Dlaczego by więc nie wykorzystać tej wiedzy i nie szerzyć jej? Obecnie istnieją w Internecie listy firm cruelty free, które są regularnie aktualizowane. Do najpopularniejszych z nich należy między innymi blog Happy Rabbit, który niedawno stworzył także aplikację na telefon, dzięki której można wyszukać firmę lub dany kosmetyk po nazwie, a nawet za pomocą kodu kreskowego. Lista ta ostatnimi czasy coraz częściej się wydłuża, a wzrastająca świadomość społeczeństwa sprawia, że kolejne znane marki rezygnują z przeprowadzania testów na zwierzętach.