“Niewielki morski incydent” – trzy lata po wyroku w sprawie Morza Południowochińskiego Chiny biorą wszystko

Trzy lata po wyroku Stałego Trybunału Arbitrażowego z Hagi w sprawie spornych terenów na Morzu Południowochińskim w regionie zdążyło dojść do trudnego do przewidzenia przetasowania sił. Bo oto Chiny sprawę przegrały, sąd przychylił się do skargi Filipin, ale destabilizującą siłą okazał się główny lokator prezydenckiego pałacu w Manili, a nie przywódca z Pekinu.

Nie trzeba cofać się aż trzy lata, żeby na własne oczy zobaczyć, w którą stronę zmierza sytuacja na Morzu Południowochińskim. 9 czerwca 2019 roku, gdy oczy całego świata coraz szerzej otwierały się ze zdumienia na widok miliona mieszkańców Hongkongu sunących ulicami miasta w proteście przeciwko ustawie ekstradycyjnej mogącej zdestabilizować tamtejszy wymiar sądownictwa, na niewielkim skrawku lądu o angielskiej nazwie Reed Bank, na północnym wschodzie od głównej części archipelagu Wysp Spratly filipińska łodź rybacka F/B Gem-Ver 1 została zatopiona przez chiński kuter. 22 -osobową załogę z Filipin po sześciu godzinach od zdarzenia wyłowili z wody rybacy z Wietnamu.

Gdyby nie pomoc wietnamskiej jednostki, Filipińczyków czekała śmierć. Chiński kuter uderzył w ich jednostkę stojącą na kotwicy, zatem zgodnie z międzynarodowym prawem morskim nie może mieć innego statusu jak tylko i wyłącznie poszkodowanego w takim celowym ataku. 12 czerwca minister obrony Filipin, Delfin Lorenzana nazwał rzeczy po imieniu mocnymi słowami pod adresem Chin: “Tchórzliwy występek chińskiego kutra, który pozostawił Filipińczyków samych sobie, nie jest tym, czego można by się było spodziewać po odpowiedzialnym i przyjaznym narodzie”. Dwa dni później oficjalny wniosek o wszczęcie dochodzenia wobec Pekinu złożył również filipiński MSZ.

Po kilku dniach odezwał się ten, który wielokrotnie zdążył zasłynąć jako prawdziwy “Brudny Harry” filipińskiej i południowoazjatyckiej sceny politycznej – prezydent Filipin Rodrigo Duterte. Pomimo niewyparzonego języka, skłonności do przemocy, kontrowersji oraz rzucania słów na wiatr, Filipińczycy wciąż nazywają go pieszczotliwie “Du30” (trzydziestka wymawiana jest jak angielski liczebnik “thirty” z hiszpańskim akcentem “tirti”) i widzą w nim nadzieję na lepszą przyszłość. Prezydent od początku kadencji szokuje karząc policji strzelać do narkomanów i handlarzy narkotyków, po trzech latach krwawej kampanii straty w ludziach są trudne do jednoznacznego oszacowania (sięgają według różnych rachunków od 9 do 30 tys. osób), twarda ręka Du30 znajduje naśladowców w wielu miejscach kraju, ale majowe wybory do senatu przyniosły zwycięstwo wielu zaufanym ludziom kontrowersyjnego polityka.

Duterte otoczony masą podążającej za nim kontrowersji (poza licznymi inwektywami rzucanymi na prawo i lewo przez trzy lata rządów prezydent zaczął zdradzać oznaki postępującej demencji połączonej z traceniem rozsądku – przed wyborami stwierdził m.in., że ma w życiorysie doświadczenia homoseksualne, ale z wyleczyły go z tego piękne kobiety) zakończył oskarżenia po zatopieniu filipińskiej jednostki określając zdarzenie jako “niewielki morski incydent”. Słowa wzbudziły oburzenie w kraju – zarówno wśród polityków jak i obywateli. Prezydent zabrzmiał identycznie jak chińskie ministerstwo sprawa zagranicznych, które w podobny sposób opisało zdarzenie z 9 czerwca w okolicach Reed Bank.

Ten niewielki wycinek filipińskiej rzeczywistości dotyczącej relacji z Chinami daje doskonały wgląd w to, jak przedstawiają się perspektywy wokół dalszego rozwoju wydarzeń na Morzu Południowochińskim. Relacje ze strony osób z bezpośredniego otoczenia Duterte, który niespełna dwa tygodnie po objęciu stanowiska prezydenta usłyszał wynik werdyktu sądu z Hagi (odpowiednio 30 czerwca i 12 lipca 2016 roku), wskazują iż dla nowego szefa państwa antychiński wyrok był niechcianym balastem, a nie ułatwieniem w budowaniu pozycji od początku rządów. Duterte chciał zamieść sprawę sporów na morzu zamieść pod dywan i rozpocząć z Pekinem nowe otwarcie. Wielokrotnie w 2017 roku przyznawał, że decydowanie się na otwarty konflikt zbrojny z o wiele większym mocarstwem jakim są Chiny byłoby szaleństwem i przyniosłoby jedynie masę ofiar jego własnemu narodowi. Oczywiście trudno się z tym nie zgodzić, jednak pozostaje spora różnica między układaniem się ponad podziałami z trudnym sąsiadem, a udawaniem, że kontrowersje nie istnieją i utrata wiarygodności przed własnym narodem. 

Militaryzacja spornych wysp Paracelskich i Spratly od 2014 roku przybrała namacalne rozmiary. Nowe lądowiska zbudowane na przywiezionym z Chin kontynentalnych piasku i chińskich materiałach są zdolne przyjmować bombowce strategiczne oraz pasażerskie jumbo jety. Archipelagi stały się nowymi lotniskowcami Pekinu znacząco poszerzając chińskie możliwości obrony rakietowej, zasięg myśliwców nowej generacji oraz zapewniając inną nierównowagę sił na całym akwenie. Chiny twierdzą, iż należy im się ponad 90 proc. Morza Południowochińskiego i wszelkie głosy krytyki odbijają ze stoickim spokojem. 

12 lipca 2018 roku, w drugą rocznicę wyroku z Hagi na ulicach Manili od samego rana zawisły plakaty z napisem “Witamy na Filipinach, prowincji Chin”. Zaproszenie powtórzono także po chińsku. Słowa nawiązywały do wypowiedzi samego Duterte, który 19 lutego 2018 roku na rocznicowym spotkaniu chińskiej izby handlowej na Filipinach mówił: “Jeżeli tylko chcecie, zróbcie z nas prowincję, jak Fujian. Prowincję Filipiny, Chiny” (w oryginalnej wersji:”Kung gusto ‘nyo, gawin ‘nyo na lang kaming province, parang Fujian. Province of Philippines, Republic of China”). Ówczesny rzecznik prezydenta, Harry Roque z kamienną twarzą odpowiadał na pytania dziennikarzy badających sprawę tajemniczej kampanii plakatów z kontrowersyjnym sloganem. Twierdził, że pałac prezydencki nie ma pojęcia, czyja to sprawka, ale że Filipiny są wolnym krajem i że można robić w nim, co się chce. Radził jednak, by plandeki, na których wydrukowano hasła, mogły się do czegoś przydać i żeby je szybko zdjąć i wykorzystać jako wykładzinę w toaletach. Dwa lata po werdykcie z Hagi Filipińczycy chcieli kontrowersyjnym hasłem zaprotestować przeciwko temu, że ich nowy prezydent krok po kroku sprzedaje kraj Chinom i nie ma pomysłu, jak sprzeciwić się chińskim roszczeniom na morzu.

Filipińscy rybacy są coraz częściej ograbiani z połowów przez chińską straż przybrzeżną. Zdaniem Duterte także nie ma powodów do obaw, a to że Chińczycy z karabinami w zamian za rzadkie gatunki ryb dają stare papierosy i przeterminowane zupki instant to tylko handel barterowy.

Na Filipinach postuluje się także, by 12 lipca stał się dniem przyjaźni filipińsko-wietnamskiej ze względu na podobne antychińskie stanowisko, jakie łączy oba kraje w sporze o archipelagi. Wietnam ma z Chinami na pieńku nie tylko od czterech, ale od ponad dwóch tysięcy lat. Tyle bowiem trwają najazdy zmieniających się kolejno dynastii większego sąsiada wobec mniejszego.

Wiele do powiedzenia na temat relacji z Chinami ma w kwestii Morza Południowochińskiego Wietnam. Hanoi wielokrotnie podkreśla za kulisami, że polityczne sojusze i układy sił potrafią się zmieniać, ale historia zawsze bierze górę. Wietnamczycy patrzą na sprawy bieżące z perspektywy setek lat, a wówczas krwawa wojna z USA (którą my na Zachodzie znamy jako wietnamską, a w Wietnamie określa się ją jako amerykańską), która zdefiniowała przez dekady obraz Wietnamu to zaledwie kilka lat zbrojnego oporu wobec najeźdźcy. Okres panowania Francuzów przed wejściem Amerykanów to ledwie sto lat bycia europejską kolonią. Natomiast relacje z Chinami to ponad dwa tysiące lat ciągłej walki, intryg, trybutów, powstań i walki o narodową dumę.

Hanoi zatem nie jest w stanie zmienić frontu jak robi to Filipiński prezydent. Nikt by w taki obrót sprawy nie uwierzył, bo Chińczycy to nie dalecy krewni, którzy przychodzą z drogimi prezentami, ale bardziej surowi nadzorcy, którzy nie znoszą najmniejszego sprzeciwu.