Protestuję, więc jestem

Antyrządowe protesty w Hongkongu trwaja już ponad pół roku. Entuzjazm do nich nie osłabł wśród mieszkańców, władze nie chcą iść na ustępstwa, nie zanosi się, że postulaty demonstrantów zostaną przez gubernator Carrie Lam oraz Pekin uwzględnione. Po pełnym protestów lecie i niezmiernie burzliwej antyrządowej jesieni szykuje się w mieście długa zima pełna marszy i kolejnych demonstracji.

Hongkong liczy straty, które po ponad sześciu miesiącach ulicznych starć zaczynają być coraz bardziej mierzalne. Wiadomo, że miasto zanotowało trzy kolejne kwartały z ujemnym wynikiem PKB, dlatego ekonomiści stwierdzili w nim stan technicznej recesji. Rządowe dane z połowy grudnia wskazują, że po raz pierwszy od 15 lat Hongkong odnotuje deficyt budżetowy. W 2019 roku tamtejsza gospodarka skurczy się o blisko dwa procent.

Na protestach tracą wszyscy. Nie chodzi tylko o pokłady cierpliwości Pekinu, który wciąż nie interweniował militarnie i pozostawia bieg spraw pod nadzorem władz lokalnych, ale w największej mierze straty widzą na własne oczy przedsiębiorcy. Październik, przełom czwartego i piątego miesiąca demonstracji, przyniósł spadki sprzedaży o 24 proc. rdr,  a tak wysokiej zapaści nie widziano w historii miasta. Co więcej w październiku całe Chiny, a w tym oczywiście i Hongkong jako specjalny region autonomiczny, jadą na długi urlopowy weekend. W 2019 roku świętowano o dwa dni dłużej ze względu na wyjątkową dla władz rocznicę 70-lecie Chińskiej Republiki Ludowej.

Doroczne święto napędzające koniunkturę nie pomogło i październik okazał się dla Hongkongu miesiącem dobijania biznesu. To wówczas z nową siłą rozgorzały walki na ulicach, ponieważ podczas urodzin ChRL pierwszy raz od początku protestów (czyli od 9 czerwca) policja postrzeliła protestującego ostrą amunicją. Potem było już tylko gorzej, dwie osoby poniosły śmierć (młody, 22-letni student spadł z trzeciego piętra parkingu; 70-letni zamiatacz ulic został uderzony cegłą podczas zamieszania pomiędzy grupami na ulicy), ostrej amunicji użyto do połowy grudnia 19 razy, a cały świat śledził w listopadzie osiem dni oblężenia hongkońskiej politechniki (czyli tzw. PolyU). Nie były to w skrócie mówiąc dobre warunki dla turystów do planowania podróży do miasta pograżającego się w chaosie, ani dla inwestorów, by ryzykować kapitałem w tak zmiennych okolicznościach.

Lokalny Disneyland twierdzi, że od początku protestów obroty zmalały aż o 90 proc. Ruch bazował w dużej mierze na gościach z Chin kontynentalnych, a ci pozostają bardzo niechętni nastrojom prodemokratycznym prezentowanym przez swoich braci z Hongkongu. Pamiętają także, że w pierwszym miesiącu demonstracji narzekano nie tylko na władzę, ale właśnie i na nich, jako na tych uprzykrzających życie turystów, którzy dosłownie zalewają swoimi najazdami miasto. Goście z Chin pierwotnie stanowili połowę przyjezdnych do parku rozrywki, obecnie zaledwie pięć procent.

Straty liczy wreszcie hongkońskie metro, nazywane tam MTR. Stacje, wagony, a nawet same wejścia do metra wielokrotnie stawały się na przestrzeni miesięcy polami bitew z policją. Niektóre z nich, jak np. Yuen Long czy Prince Edward urosły do rangi symboli całego antyrządowego ruchu ze względu na to, co się na nich wydarzyło. Na Yuen Long 21 lipca niezidentyfikowane bojówki utożsamiane z gangami zaatakowały wracających do domów demonstrantów, a policja pozostała bezczynna. Na stacji Prince Edward z kolei 31 sierpnia funkcjonariusze mieli w bezpardonowy sposób pacyfikować ludzi w wagonach metra i nie dopuszczać służb ratunkowych do poszkodowanych. Pomimo oficjalnego dementi wciąż funkcjonuje przekonanie, że podczas tej akcji zginęło kilkoro demonstrantów.

Stacje i wagony podpalano, demolowano i blokowano ruch na torach. MTR twierdzi, że straciło w wyniku tych działań ponad 200 mln dolarów. Ruch pasażerski zmniejszył się o jedną czwartą. Ze względu na to, że kierownictwo metra zaczęło wykonywać polecenia władz i ograniczać dostęp do stacji i zawieszać kursowanie pociągów podczas demonstracji, zaczęto przekręcać nazwę firmy na Komunistyczny System Transportu. Między 9 czerwca i 24 listopada według informacji MTR zniszczono w mniejszym lub większym stopniu 85 z 94 stacji metra oraz 62 z 68 stacji systemu Light Rail. Uszkodzono również 1900 bramek wejściowych, 1100 biletomatów, 1200 kamer przemysłowych, 202 windy i 190 stalowych rolet zamykających wejścia na stacje. Straty odnotowano także w 54 pociągach metra i 16 składach Light Rail.

Na tych stratach z pewnością się nie skończy, ponieważ protesty jak na razie ewa dobre zadomowiły się w miejskich krajobrazie Hongkongu. Na jednym ze zdjęć po grudniowym marszu zorganizowanym na dzień przed upływem sześciu miesięcy demonstracji widać nowe hasło towarzyszące marszom: “我反抗故我在”, czyli “protestuję, więc jestem”.