Przezorny zawsze ubezpieczony, czyli Japonia drukuje pieniądze na zapas

Wraz z początkiem nowego roku 2020 wejdzie w życie umowa handlowa między Tokio i Waszyngtonem. Premier Shinzo Abe porozumiał się z prezydentem Donaldem Trumpem, a japoński parlament ratyfikował układ na początku grudnia. Porozumienie ma szansę stworzyć precedens także i dla Pekinu, ponieważ podobno chińska strona dostrzega w nim szansę na załagodzenie napięć na froncie wojny handlowej trwającej między Chinami i USA od 6 lipca 2018 roku. Japonia idzie jednak o krok dalej i przed wejściem w życie nowej umowy z USA deklaruje nowy dodruk pieniędzy. Na wszelki wypadek.

Plan stymulacji fiskalnej będzie kosztował japoński rząd ponad 120 mld dolarów (13 bln jenów). Przyczyny jego uruchomienia można wyliczać bez końca: katastrofy naturalne, podwyżka podatku od konsumpcji wprowadzona jesienią 2019, konsekwencje wspominanej wojny handlowej a także, co warto podkreślić, działania wyprzedzające ewentualne spowolnienie gospodarcze po letnich igrzyskach planowanych w Tokio latem 2020 roku.

Drugie w historii igrzyska organizowane w stolicy kraju mają przynieść wyczekiwane wzrosty koniunktury, czy zatem premier Abe wie więcej niż mówi się opinii publicznej?

Połowa deklarowanej w nowym pakiecie kwoty ma zwiększyć inwestycje publiczne. Japonia słynie z nich od lat, to właśnie niekończące się betonowanie wybrzeża i serpentyny autostrad, tuneli i estakad na wymierającej japońskiej prowincji stały się w minionym czasie symbolem nieefektywnej alokacji rządowych środków. Japonia przeżyła 20 lat ekonomicznej zapaści, które weszły do świadomości jako dwie stracone dekady. Czas eksperymentów powinien się tym samym zakończyć, ale premier Abe od ponad siedmiu lat forsuje kolejny super plan reform, którego skuteczności jak nie było, tak nie ma.

Abenomika (która po polsku lepiej brzmi jako Abekonomia) poza dodrukiem pieniędzy na masowa skalę i dwiema podwyżkami podatku od konsumpcji (w 2014 i 2019 roku) wciąż pozostaje niedoopisana. Na papierze działa, ale w praktyce zawiera w sobie pakiet reform gospodarczych, których wciąż nie ujawniono. Czas leci, otoczenie międzynarodowe się zmienia, a premier Japonii pozostał jedynym przywódcą regionu Azji Wschodniej, któremu nie udało spotkać się z Kim Dzong Unem, przewodniczącym Korei Północnej. Choć brzmi to jak teoria spisku, to chaotyczne groźby rzucane co pewien czas z Pjongjangu, były większym gwarantem stabilności władzy w Japonii niż skuteczność szumnie zapowiadanych reform Abe.

Po ponad siedmiu latach u władzy premier z pewnością przejdzie do japońskiej historii jako najdłużej urzędujący szef rządu. Tego rekordu nikt mu nie odbierze, ale reforma ekonomiczna miała podnieść na nogi cały kraj, a nie tylko postawić za życia pomnik jednemu politykowi.

Igrzyska zaplanowane na lipiec i sierpień 2020 roku także przygotowywane są w atmosferze niekończących się kontrowersji. Organizacja przekracza budżet, Japończyków oskarżono o plagiat logo imprezy, błędem nazywa się również plany przeprowadzenia wymagających skrajnego wysiłku konkurencji podczas środka japońskiego lata, gdy słońce praży i potrafi zabić. Od początku ogłoszenia decyzji o przyznaniu Tokio prawa do ponownej organizacji sportowego święta, japońskie igrzyska obarczone są poważnymi niedociągnięciami. Podobnie jak z piętrzących się problemów ekonomicznych, tak i z tych na polu sportowym oczywiście nikt sobie nic z nich nie robi.

Igrzyska miały nakręcić wydatki japońskich konsumentów. Wyciągnąć z szaf i materacy gromadzone przez nich oszczędności. Dodatkowo miały stać się zachętą dla turystów, by jeszcze bardziej masowo wybrać się do Japonii. Jeżeli jednak rząd planuje dodruk nowej partii pieniądza przed imprezą, widać że plany ekonomicznego boomu mogą okazać się fikcyjne i zbyt szeroko kreślone w oficjalnych dokumentach.

W 2016 roku Japończycy dodrukowywali jeny na wypadek spowolnienia związanego z brexitem. Wówczas kwota była ponad dwa razy większa i wynosiła 28 bln jenów. Nie udało się zmienić bilansu eksportowego na bardziej korzystny. Tym razem spodziewane 13 bln jenów ma dodać 1,4 proc. PKB w 2021 roku i przełożyć się na spadek gigantycznego długu publicznego obecnego w Japonii przez dekady wydania środków na nieefektywne inwestycje infrastrukturalne.

Do ostatecznego efektu nowego planu fiskalnego należy jednak ponownie podchodzić z rezerwą. Bardziej opłaca się postawić na kolejne zaognienie ze strony Korei Północnej, żeby premier Abe trapiony kolejnymi  skandalami korupcyjnymi ze swoim udziałem, miał czym odwracać uwagę opinii publicznej. 2020 na pewno przyniesie igrzyska, pytanie czy wystarczy Japończykom także i na chleb.