Pułapka nie istnieje

24 września 2015 roku, w połowie pierwszej oficjalnej wizyty prezydenta Xi Jinpinga w USA, magazyn „The Atlantic” opublikował tekst prof. Grahama Allisona, który stał się jednym z narzędzi rozumienia obecnych Chin dla administracji Donalda Trumpa. Allison stwierdził, że Waszyngton i Pekin muszą kiedyś zderzyć się militarnie, ponieważ na ich kursie kolizyjnym znajduje się tzw. Pułapka Tukidydesa.

Koncepcja zakładająca nieuchronną wojnę mocarstw, które czują się zagrożone o własną pozycję. Tukidydes oparł pomysł na staoryżytnych Atenach i Sparcie, Allison prześledził kolejnych 16 światowych konfliktów na przestrzeni ostatnich 500 lat i doszedł do wniosku, że jedynie w czterech przypadkach rosnące w siłę państwo nie oznaczało wojny. Artykuł, który po dwóch latach rozrósł się do książki o 384 stronach („Destined for War: Can America and China Escape Thucidydes’s Trap?”), zawierał wiele statystyk porównujących potencjał gospodarczy, militarny i demograficzny obu krajów. Według profesora wszystko przemawiało za tym, by umacniające się w błyskawicznym i konsekwentnym tempie Chiny stały się dla USA na tyle problematyczne, by dyplomacja była kontynuowana w terenie. Na przykład na Morzu Południowochińskim.

Allison nie znał się jednak na Chinach i nie brał pod uwagę tego, że Chiny same na sobie znają się równie kiepsko. Kraj, który do 2020 roku przechodzi trzynastą edycję pięcioletniego planu, nie za bardzo wie, jakim będzie w niedalekiej przyszłości. Chińska rzeczywistość potrafi zmieniać się z dnia na dzień. Z ulic znikają sklepy, z map całe kwartały, znane programy telewizyjne nagle trafiają na czarną listę i odchodzą w niepamięć. Cenzura wycina z prywatnych rozmów w sieci nie tylko szkodliwe zdaniem partii wyrazy, ale sięga dużo głębiej w życie obywateli. Co więcej, jedyną wytyczną dla niej jest nadrzędny interes KPCh, a on z kolei wymaga ciągłego naginania życia do sztywnych reguł posłuszeństwa. Heraklit z Efezu byłby przerażony widząc, jak jego zasada „jedyną stałą jest zmienna” wygląda po chińsku.

Pułapka Tukidydesa dla Pekinu jest przydatna na poziomie nieoznaczoności. Niczym istnienia kota Schroedingera nigdy nie można być pewnym, czy w danej chwili Chiny myślą już o wojnie, czy jeszcze nie. Dowiedzieć się można jedynie sprawdzając samemu, ale kto w globalnie powiązanym świecie chciałby ryzykować otwieranie pudełka z tak potencjalnie szkodliwą zawartością.

Pomysł Allisona idealnie wpisał się w sposób postrzegania świata przez ekipę Trumpa nastawioną na globalne zwarcie na wielu frontach. Każdy miesiąc po zaprzysiężeniu przynosił nowe tweety o tym, jak życie z Chińczykami jest zdaniem Trumpa trudne i jak wiele złego Pekin przynosi swoim działaniem Ameryce. Barack Obama miał być na tym tle zdaniem swoich następców skrajnie nieskuteczny, ponieważ nie zrobił nic, żeby chińską ekspansję powstrzymać. „Strategiczna cierpliwość”, którą przez dwie kadencję testowano na Korei Północnej, miała bezpowrotnie znaleźć swoje miejsce na śmietniku historii.

Koniec rządów Obamy mógł stać się wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Peryklesa podczas wielkiej zarazy z 430 roku p.n.e. Zmiana była kosmetyczna. Gdy zabrakło Ateńczyka-architekta potęgi, jego miasto mogło pogrążyć się w konflikcie. Kiedy odszedł prezydent nr 44, jego następca mógł wreszcie rozpocząć budowanie nowej potęgi.

Do zmian Tukidydes pasował Trumpowi idealnie. Wystarczyło tylko zamiast Aten wpisać Chiny, Spartę zastąpić USA i gotowe: „Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi chińskiej i strach, jaki to wzbudziło u Amerykanów” cytujemy korzystając z polskiego przekładu Kazimierza Kumanieckiego. Wojna peloponeska XXI wieku. Z chińską charakterystyką.