Równoległa rzeczywistość chińskiej sieci

14 września 2017 roku minęło 30 lat od wysłania pierwszego emaila z Chin. 13 naukowców (siedmioro chińskich i sześciu niemieckich) chciało połączyć się wówczas z Karlsruhe wiadomością o niemiecko-angielskiej treści „Ueber die Grosse Mauer erreichen wir alle Ecken der Welt” / „Across the Great Wall we can reach every corner in the world” (dosł. Ponad Wielkim Murem możemy dotrzeć do każdego miejsca na świecie). Początek był trudny, bo email nie dawał się wysłać przez sześć dni, ale ostatecznie osiągnięto sukces 20 września. Od czasu tej komunikacji z najstarszą politechniką Niemiec (w 1987 roku uczelnia nosiła jeszcze nazwę Uniwersytetu Karlsruhe) liczba chińskim internautów zwiększyła się z siedmiu do 730 mln.

Wystarczy chwila na ulicy chińskiego miasta, by stwierdzić, że dziś prawie wszyscy przenieśli się do sieci. Nawet Wielki Mur – mechanizm internetowej cenzury przyjęło nazywać się Wielkim Firewallem (防火长城, fánghuǒ chángchéng, wym. fanghło czanczen). Głowy pochylone nad dotykowymi ekranami przyciągane przez nie nieistniejącymi magnesami. Wirtualnej symbiozy nie przerywa żaden zdroworozsądkowy aspekt rzeczywistości. Z głową w smartfonie wychodzi się z wagonu metra, schodzi po schodach, przechodzi przez ulice, na których sygnalizacja pełni w 99 procentach przypadków funkcję umowną. Wielki Firewall musi być, bo inaczej partia obawiałaby się powstawania tzw. informacyjnych kokonów (信息茧房 xìnxī jiǎnfáng, wym. śinśi dzienfan), miejsc wymiany informacji w nienadzorowany przez Wielkiego Brata sposób. Internauci mogliby zostać wystawieni na idee niesprawdzone, niemające certfyikatu politycznej poprawności.

Sito musi być sprawne i ultraszybkie, ponieważ chiński internauta dysponuje nie tylko nowoczesnymi gadżetami, ale także jego wyobraźnia wykorzystuje wieki chińskiej kultury, poezji i legend. Nawet sam język chiński może stać się niebezpiecznym narzędziem. Znaki można czytać w lekko inny sposób i ośmieszać poważne hasła, wymyślać homonimy oczerniające pierwotny zamysł, poprzez dodanie jednej kreski diametralnie zmieniać znaczenie.

Gdy 13 lipca 2017 roku umierał Liu Xiaobo, chiński dysydent-noblista w sieci blokowano nie tylko wpisywanie jego imienia i nazwiska czy inicjały (LXB), ale także określenie RIP (niech spoczywa w pokoju), a nawet zdjęcia przedstawiające puste krzesło (odniesienie do pustego krzesła podczas wręczenia nagrody Nobla w Oslo, gdy Liu przebywał już w chińskim więzieniu), burzę (po oficjalnym ogłoszeniu zgonu Liu nad Pekinem rozpętała się burza, którą internauci interpretowali jako gniew natury za skazanie dysydenta na śmierć), parafrazowano wreszcie najsłynniejsze zdanie wypowiedziane przez Liu podczas pokazowego procesu w grudniu 2009 roku: „Nie mam wrogów” (我沒有敵人, wǒ méiyǒu dírén, wym. ło mejjoł diżen). 

Wieloznaczność języka chińskiego pomaga w wymyślaniu haseł przeciwko władzy. Widać to na każdym kroku także i w Hongkongu posługującym się językiem kantońskim. Trwające tam już ponad pół roku protesty przeciwko Pekinowi stworzyły prawdziwą kopalnię lingwistycznej kreatywności.

Przed laty ówczesny prezydent USA Bill Clinton twierdził, że chińskiego internetu nie da się ocenzurować, bo to zadanie z kategorii niemożliwych. Porównał je do przyszpilenia żelka na ścianie (“That’s sort of like trying to nail Jello to the wall”). W 2000 roku świat był jednak nieco mniej zaawansowany technologicznie, a w Chinach nikt nie miał nawet cienia podejrzeń, że nadejdzie era rodzimych gigantów IT zdolnych przewyższać skalą działania i możliwościami zagranicznych konkurentów. W 2018 roku blisko trzy czwarte całej populacji Chin było już online, a badania chińskiego internetu wskazywały, że w razie odłączenia od światowych serwerów pozostanie on całkowicie samowystarczalny. Chiny skutecznie przyszpiliły swój żelek do ściany. A nawet do własnego Wielkiego Firewalla.