Bitcoin. Narzędzie spekulantów czy sposób na hiperinflację?

17 grudnia 2017 roku wartość Bitcoina (BTC) osiągnęła najwyższą wartość w historii i przekroczyła poziom 20 tysięcy dolarów. Bańka pękła. Jeszcze w lutym 2018 roku cena spadła poniżej 10 tysięcy dolarów. Obecnie waha się w okolicach 7 tysięcy. Dla przeciwników kryptowalut jest to sposobność, aby powiedzieć triumfalne: “a nie mówiłem”. Aktualna cena, niemal 3 razy niższa od ATH (All Time High, czyli najwyższej zanotowanej wartości), ma być ostatecznym dowodem na kryptowalutowe oszustwo. W istocie jednak świadczy bardziej o ludzkiej naiwności…

Pamiętam dobrze atmosferę przełomu 2017 i 2018 roku. Wielu specjalistów od tzw. “rozwoju osobistego” i coachingu sprzedawało łatwy sposób na zdobycie dużych pieniędzy. Wystarczyło zainwestować w kryptowaluty. I w zasadzie mieli rację. Tylko spóźnili się ze swoimi radami o rok. Gdyby bowiem ktoś zakupił Bitcoina w grudniu 2016 roku, to “na górce” w 2017 roku mógł go sprzedać z dwudziestokrotnym zyskiem. Perspektywa ta do dziś rozpala wiele umysłów i serc, rzutując niestety na postrzeganiu kryptowalut wyłącznie przez pryzmat spekulacji.

A niestety rynek jest na spekulację podatny. Wynika to z samej natury Bitcoina, który oparty jest o blockchain, czyli zdecentralizowaną i rozproszoną bazę danych zakodowaną za pomocą algorytmów kryptograficznych. Nie ma więc żadnej instytucji kontrolnej. Kurs ustala giełda, a zatem ci wszyscy, którzy tokeny mają, jak i ci, którzy tokeny chcą mieć. Problem w tym, że często skutecznym instrumentem pozwalającym wpływać na rynek są duże pieniądze. Czasem wystarczy w krótkim czasie wydać ich odpowiednią ilość, by nakręcić tzw. FOMO (Fear of missing out), a zachłanność ludzka robi już swoje. Potem już tylko można sprzedać zakupione tokeny po odpowiednio wyższej cenie. Oczywiście nagła wyprzedaż powoduje spadki. Przykładem takiej sytuacji była końcówka roku 2017. Tak naprawdę jednak historia ta ciągle się powtarza, tylko że na mniejszą skalę.

Wspomniane zjawisko dotyczy oczywiście nie tylko Bitcoina, ale również innych kryptowalut. Ich lista zamieszczona na serwisie Coinmarketcap.com ma obecnie prawie 5000 pozycji. Nie jest ona jednak kompletna. Nie zawiera bowiem wielu mniejszych projektów. A tych ciągle przybywa. Z założenia mają być odpowiedzią na różne problemy. I tak na przykład Power Ledger ma służyć do rozliczeń za wyprodukowaną energię elektryczną w Australii, Basic Attention Token – za reklamę a Game Credits – za sprzedaż gier. Koncepcji jest wiele, wciąż jednak królem pozostaje BTC. Szacuje się, że 67% wartości wszystkich dostępnych kryptowalut to wartość Bitcoina. Ma on również najbardziej rozbudowaną infrastrukturę, która wpływa na jego użyteczność. I tutaj dochodzimy do kluczowego pytania: “A komu to potrzebne? A dlaczego?”

Dla wielu osób sens Bitcoina opiera się na czystej spekulacji. Kupić tanio, sprzedać drogo. W istocie jednak jest to całkiem użyteczne narzędzie pozwalające na pominięcie systemu bankowego, zwłaszcza w sytuacji, gdy istnieje potrzeba przelania pieniędzy zagranicę (szczególnie poza Europę). Skrajnym przykładem może być tutaj Wenezuela, gdzie w obecnej sytuacji każdy oficjalny przelew zagraniczny zostałby przeliczony po skrajnie niekorzystnym kursie. Bitcoin natomiast pozwala przesłać pieniądze w kilka minut bez straty wartości. Dla wielu Wenezuelczyków jest on zresztą wybawieniem. Trudno bowiem trzymać jakiekolwiek pieniądze w czasach szalejącej hiperinflacji. Sytuacja tego kraju zmienia zresztą optykę. Przy spadku wartości boliwara, Bitcoin ze swoimi wahaniami wydaje się być oazą stabilności.