VR pod strzechy

W połowie lat 90-tych XX wieku w jednym z magazynów popularnonaukowych trafiłem na artykuł poświęcony wirtualnej rzeczywistości. Nie ukrywam, że hełmy pozwalające przenieść się do innego świata były dla mnie równie abstrakcyjne, co publiczny transport kosmiczny. Niby wydawało się to możliwe, ale raczej w bardzo długiej perspektywie czasowej. Cóż, myliłem się.

Od kilku lat VR powoli (bardzo powoli) trafia pod strzechy. Jednym z najważniejszych momentów było stworzenie platformy Google Cardboard, która pozwala na “dotknięcie” wirtualnej rzeczywistości za pomocą smartfona z żyroskopem i papierowych gogli. Projekt został zaprezentowany w 2014 roku. Od tamtego czasu jednak sporo wody upłynęło w Wiśle i dziś mamy do wyboru całą gamę urządzeń. Od prostych okularów na smartfona za 10 złotych, przez bardziej zaawansowane za kilkaset złotych aż po autonomiczne gogle za ponad 1000 złotych. Co ciekawe, cena tych ostatnich skoczyła w górę, bo jeszcze na początku tego roku można je było kupić za niecałe 1000 złotych. Oczywiście istnieje też sprzęt dużo droższy, ale on raczej szybko pod strzechy nie trafi.

Wirtualna rzeczywistość jest dziś w zasięgu ręki. Cena nie jest barierą. Bo nawet jeśli kogoś nie stać, aby wydać tysiąc złotych na gogle autonomiczne, to może kupić sobie okulary oraz kontroler za kilkadziesiąt złotych i korzystać z mobilnych aplikacji. Wszak smartfon w dzisiejszych czasach nie jest już oznaką majętności. Oczywiście rozwiązanie to ma swoje ograniczenia, ale spokojnie możemy dzięki niemu obejrzeć film 360 lub wybrać się na wycieczkę za pomocą aplikacji bazującej na Google Street View.

Gogle autonomiczne z kontrolerem.

Jeszcze większe możliwości dają gogle autonomiczne, które są de facto małym komputerem z własnym ekranem. W zależności od platformy, z którą są zintegrowane mamy dostęp do aplikacji, które m. in. dają możliwość uczestnictwa w czasie rzeczywistym w wydarzeniach rozgrywających się tysiące kilometrów od nas (np. w koncertach czy przedstawieniach teatralnych). Umożliwiają też granie w proste gry, choć tu jednak prym wiodą droższe i bardziej zaawansowane gogle wymagające sterty kabli i mocnego komputera.

Oczywiście VR ma również swoje minusy. Obecnie wszystkie rozwiązania bazują na wyświetlaniu obrazu na ekranie, który znajduje się w stosunkowo niewielkiej odległości od oczu. To powoduje, że zbyt długie korzystanie z tej technologii może skutkować problemami ze wzrokiem. Dlatego też zalecane jest robienie przerw co pół godziny. Inny problem to możliwe zawroty głowy, szczególnie gdy doznania wzrokowe różnią się od grawitacyjnych.

Paradoksalnie jednak to dla osób chorych VR jest największą szansą. Już teraz w niektórych szpitalach i hospicjach prowadzone są sesje wirtualnej rzeczywistości, dzięki którym osoby przykute do łóżka mogą przenieść się w różne miejsca. Oto marzenie jednego z holenderskich pacjentów:

Szpital, te same ściany, te same pielęgniarki. Są bardzo mili. Pomocni. Przynoszą ciekawe książki. Ale chciałbym pojechać do domu. Chociaż na godzinę. Zobaczyć, co się zmieniło. Czy siostra nie ruszała moich rzeczy. Szkoda, że nie mogę. W szpitalu obiecali mi jednak, że niedługo ich zobaczę. Będę w domu. No, tak jakby. Założą mi okulary i będę mógł przenieść się do domu. Trudno mi sobie to wyobrazić, ale czekam.

Projekt Virtual Dream prowadzony w polskich szpitalach i hospicjach.

Marzenie tego młodego Holendra spełniło się dzięki technologii VR. Pacjent tak wspominał później swoje doświadczenie:

Naprawdę poczułem się jakbym był w domu. Szkoda, że tutaj w szpitalu nie mają tego na co dzień. Spodobała mi się ta wirtualna rzeczywistość. Jest lepsza.

Wirtualna rzeczywistość przyszłość ma dopiero przed sobą. Niesie to ogromne szanse i równocześnie zagrożenia. Wartość rynku VR systematycznie rośnie. Szacuje się, że w 2020 roku wyniesie od 40 do nawet 120 mld dolarów. I choć można odnieść wrażenie, że to dopiero początek, to już teraz dostęp do tej technologii jest bardzo łatwy. Wystarczy tylko chcieć z niej skorzystać.