Wstydliwe sekrety Energiewende

Informacja o oddawaniu do użytku nowej elektrowni węglowej w Niemczech rozeszła się szeroko po polskich mediach. Nie jest to jednak jedyny wstydliwy fakt dotyczących transformacji energetycznej zachodniego sąsiada Polski.

Niemcy są największym na świecie konsumentem węgla brunatnego, spalają też wciąż istotne ilości węgla kamiennego, który w całości importują – w ostatnim roku zamknęli bowiem dwie ostatnie kopalnie tego surowca. Niektóre media odtrąbiły wtedy, że w RFN „kończy się era węgla”, co jest wierutną bzdura – za wygaszeniem wydobycia nie poszło bowiem wygaszenie użycia, co dobitnie pokazuje przykład nowej niemieckiej elektrowni zasilanej tym paliwem, Datteln 4, która ma zostać wpięta do sieci latem 2020 roku. Co więcej, w Niemczech wciąż rozrastają się odkrywki węgla brunatnego (czyli tej bardziej emisyjnej odmiany węgla). Rozbudowa takich zakładów wymagała m.in. prawie całkowitego wycięcia „starożytnego” Lasu Hambach (gdzie doszło do ostrych starć policji z ekologami, w których użyto np. transporterów opancerzonych i psów) czy wysiedleń tysięcy ludzi (świat obiegły zdjęcia wyburzanego kościoła w miejscowości Immerath, który ustąpił miejsca kopalni). Żeby było zabawniej, Niemcy w 2018 roku wytworzyli z węgla brunatnego tyle samo energii elektrycznej, co na początku lat 90-tych.

RFN wkrótce stanie się potężnym centralnym hubem gazowym dla Europy – wszystko dzięki dwóm magistralom Nord Stream, które – biegnąc po dnie Bałtyku – łączą bezpośrednio Rosję i Niemcy, umożliwiając przesył 110 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Dla porównania: w ciągu roku cała Polska zużywa „zaledwie” 17 miliardów metrów sześciennych błękitnego paliwa. Dzięki gazociągom Nord Stream (z których jeden już działa, a drugi wkrótce zostanie ukończony) Berlin będzie w stanie handlować gigantycznym wolumenem gazu na rynkach Europy – już teraz Niemcy sprzedają rocznie ok. 30 mld m3 tego surowca. RFN dużo zainwestowała, by dysponować takim potencjałem – kolejne rządy Angeli Merkel bohatersko broniły budowy Nord Stream 1 i Nord Stream 2 przed ostrą krytyką wielu państw Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Berlin dopiął swego i to pomimo faktu, że jego partnerem w tej grze była Rosja, kraj który w międzyczasie napadł na Gruzję, rozpętał wojnę na wschodzie Ukrainy, zajął Krym i zestrzelił samolot pasażerski z setkami niewinnych ludzi na pokładzie. Po co Niemcom to wszystko? Ano po to, że ich transformacja energetyczna (czyli Energiewende) zamierza wepchnąć całą Europę w objęcia miksu energetycznego polegającego na odnawialnych źródłach energii wspieranych gazem. Obecny chadecko-socjaldemokratyczny rząd Niemiec ma ten cel (tj. rozszerzenie Energiewende na wszystkie europejskie państwa) wpisany w umowę koalicyjną. Berlin naciska zatem swoich sąsiadów, by podążali jego ścieżką transformacji energetycznej, czyli wygaszali swoje moce w węglu i atomie oraz budowali instalacje OZE stabilizowane gazem. W ten sposób Europa zwiększy swe zapotrzebowanie na paliwo gazowe, a kurki z nim będą znajdować się w Niemczech. Proste, prawda?

Jednakże, żeby to osiągnąć, RFN musi zwalczyć jeszcze jedną technologię: energetykę jądrową. Ta bowiem jest duża, stabilna, skalowalna i praktycznie bezemisyjna. Idealnie nadaje się zatem do zastępowania emisyjnego węgla i wspierania źródeł odnawialnych, co widać chociażby po przykładzie Francji, której emisyjność na kilowatogodzinę wyprodukowanej energii jest znacznie mniejsza niż niemiecka (w chwili pisania tych słów: pięciokrotnie mniejsza). Znaczenie atomu dla wyhamowania globalnego ocieplenia podkreśla też Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC). Te wszystkie zalety niewiele się jednak liczą dla Niemców – istnienie atomu w Europie obniżałoby przecież zapotrzebowanie na gaz. Dlatego RFN wygasza swoje elektrownie jądrowe (jedna z nich zakończy swą pracę w grudniu tego roku, choć mogłaby swobodnie pracować jeszcze parę lat), starając się jednocześnie zwalczyć tę technologię w innych krajach UE, m. in. poprzez próby wyrzucenia atomu z agendy inwestycyjnej Unii Europejskiej.

Warto też przypomnieć, że koszty Energiewende (czyli np. koszt systemów wsparcia OZE) zostały przerzucone na niemieckie gospodarstwa domowe w postaci m.in. tzw. EEG Umlage, czyli specjalnej opłaty wliczonej w rachunki za prąd, z której… zwolniony jest przemysł. Teraz Berlin zastanawia się, jak zdobyć jeszcze więcej pieniędzy na Energiewende, gdyż obecne środki nie wystarczyły, by podtrzymać rozwój niemieckiej branży wiatrowej, która przeżywa w tym roku głębokie załamanie (do września podłączono do sieci w RFN zaledwie 35 nowych turbin). Tymczasem, jak powiedział w 2013 roku niemiecki minister Peter Altmaier, koszt Energiewende wyniesie pod koniec lat 30-tych ok. Bilion euro – i już teraz pojawiają się głosy, że były to niedoszacowane obliczenia.

Jakub Wiech

prawnik, dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego serwisu Energetyka24, stypendysta James S. Denton’s Transatlantic Fellowship, autor książki „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.