Wymysiöeryś, czyli o tym jak ginie kultura

O Wilamowicach po raz pierwszy usłyszałem w 2010 roku. Obejrzałem film o tym mieście i pomyślałem: “co za historia”. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy spojrzałem na mapę i okazało się, że to miejscowość leżąca 15 kilometrów od mojej rodzinnej wsi. Postanowiłem się tam wybrać. Mimo geograficznej bliskości, nie było to wcale takie proste. Miasteczko leży bowiem w innej krainie historycznej, za siódmą rzeką, zwaną Wisłą, siódmą “hołdom” KWK Silesia i kilkoma lasami. Kolei żelaznej nie ma. Bezpośrednich połączeń również. Ot prowincjonalna rzeczywistość.

Wilamowice to typowa miejscowość z grupy “ni to miasto, ni to wieś, ni co wypić, ni co zjeść”. Przędzalnia jest w rozbiórce. Tak samo dom ostatniego mistrza tkackiego. A jeszcze sto lat temu, mieszkańcy wozili swoje tekstylne wyroby do Wiednia, a nawet Kijowa. To co przez wieki było zajęciem tutejszej ludności odeszło w niepamięć. Zupełnie jak język, który zna dziś już tylko kilkadziesiąt osób.

Film z 2010 roku, dzięki któremu dowiedziałem się o Wilamowicach.

Gdy wjeżdżałem do miasta przywitał mnie napis “Skiöekumt y Wymysoü” – “Witamy w Wilamowicach”. Niestety był to jedyny ślad języka wymysiöeryś jaki udało mi się wówczas odnaleźć. Niewiele więcej było ludzi na ulicach. Zagadnięte przeze mnie osoby nie potrafiły nic powiedzieć po wilamowsku. Na pytanie, ile osób mówi w tym języku, usłyszałem odpowiedź: “może dwie”. Cóż, takie są efekty budowania przez komunistów homogenicznej Polski. Pół wieku “polonizacji” zrobiło swoje.

Po wojnie mieszkańcy miasta nie mieli łatwego życia. Jako “Niemcy” byli napiętnowani. Część z nich trafiała do komunistycznych obozów, np. do oddalonego o 15 km Oświęcimia. I choć większość mieszkańców Wilamowic podpisała volkslistę to jednak nikt nie zdecydował się nie na przejęcie majątków polskiej ludności z okolicznych wsi. Co więcej – pomagali swoim sąsiadom zatrudniając ich fikcyjnie w swoich gospodarstwach. W rzeczywistości bowiem Wilamowiczanie z Niemcami niewiele mieli wspólnego. Florian Biesik, autor najdłuższego dzieła w języku wymysiöeryś – “Of jer wełt” (“Na tamtym świecie”), pisał na początku XX wieku: “Wilamowianie uczą się i umieją po polsku, ale im i ich własny, anglosaski język nie zawadzi. Ja znam różne języki światowe, jestem od pół wieku poza krajem, lecz zostały mi najmilsze: język polski i wilamowski, chociaż oboma kawałka chleba nie zarobiłem.”

Historia wilamowskiej odrębności sięga ponoć XIII wieku, kiedy to po najeździe mongolskim na Polskę w 1241 roku, przybyli na te tereny osadnicy z zachodu. Część badaczy łączy to z faktem, że w 1238 roku Morze Północne zalało wielkie obszary Flandrii i spowodowało masową emigrację. Pochodzenie z tego właśnie obszaru potwierdza analiza strojów i języka.

Dziś językiem tym posługuje się około 60 osób. Niestety tylko trzy przed 30 rokiem życia. Najlepiej znają go oczywiście najstarsi i tylko oni używają go w codziennych sytuacjach. Dla młodszych pokoleń jest to już jedynie część tradycji. Cóż, dziś większą wagę przywiązuje się do ochrony zagrożonych gatunków robaków, niż do utrzymania przy życiu autentycznej kultury, będącej wytworem pracy wielu pokoleń. A tymczasem wymysiöeryś wymiera… Odchodzi przy dźwiękach starej, wilamowskiej pieśni:

“Śłöf maj büwła fest!
Skumma fremdy gest…”

(Śpij, mój chłopcze, mocno!
Obcy goście przychodzą…)