Związkowa pustynia

W ostatnich trzech dekadach drastycznie spadło znaczenie związków zawodowych, układów zbiorowych i innych form organizacji pracowniczej. Negatywnie wpływa to nie tylko na relacje w miejscach pracy, ale też aktywność społeczną w ogóle.

Po 1989 roku indywidualizacja życia społecznego w Polsce ruszyła pełną parą. Od tej pory sami mieliśmy o siebie zadbać, bo nikt tego za nas lepiej nie zrobi. Zdroworozsądkowa teza, według której każdy powinien w miarę możliwości dbać o poprawę swojego bytu i nie unikać odpowiedzialności za własne życie, została wyolbrzymiona, wykoślawiona i wystawiona na piedestał. Od tej pory każda indywidualna inicjatywa miała być lepsza niż wspólna. Większość tradycyjnych organizacji społecznych, które umożliwiały kolektywną ochronę ich członków, była traktowana co najmniej podejrzliwie. Indywidualnie negocjowane kontrakty miały się stać jedyną prawomocną podstawą regulowania życia gospodarczego, a wszystkie obszary pozaekonomiczne miały pozostać kwestią prywatną. Nowoczesny Polak miał być człowiekiem doskonale samodzielnym i autonomicznym, nieuwikłanym specjalnie w pętające go relacje społeczne. Jeśli uznawano jakieś kolektywne formy wyrażania interesów, to powinny to być grupy nieformalne, uzgadniające swoje cele na rautach, przyjęciach i niezobowiązujących spotkaniach towarzyskich, które potem mogły być wcielane w życie poprzez miękki wpływ opierający się na sieciach kontaktów i znajomościach.

Pustynnienie krajobrazu związkowego

Związki zawodowe i kolektywne, sformalizowane układy, zostały uznane za relikt przeszłości.  Systematycznie ograniczano rolę dialogu społecznego, zarówno na szczeblu kraju, jak i przedsiębiorstw. Związki zawodowe zostały sprowadzone do roli krzykaczy, którzy mogą co najwyżej coś wymusić, ale to też tylko na chwilę. Układy zbiorowe były systematycznie wypowiadane, by każdy mógł wynegocjować sobie indywidualny kontrakt, odpowiedni do jego umiejętności i potrzeb. Doprowadzono więc do sytuacji, w której działalność organizacji pracowniczych stała się zbędna, bo i tak niewiele faktycznie mogą one zrobić – poza największymi zakładami pracy, szczególnie w sektorze publicznym, z których wykurzyć się ich już nie udało. Tam za to wybito im zęby, uniemożliwiając realny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwem. Mogły co najwyżej walczyć o wąsko rozumiane warunki pracy. Już po dwóch dekadach takiej polityki doprowadzono wiec do sytuacji, że uczestnictwo w organizacjach pracowniczych stało się bezcelowe, tylko zabiera czas, a i tak niczego realnego nie daje.

Jeszcze na początku transformacji do związków zawodowych należał co czwarty polski pracownik – obecnie trochę więcej niż co dziesiąty. Podobnie zresztą jest w Czechach i na Słowacji, a na Węgrzech nawet nieco gorzej. Poszliśmy w tym tak daleko, że zostawiliśmy w tyle Europę Zachodnią, o Północnej nie wspominając. W całej Europie do związków zawodowych należy 28 proc. pracowników, a więc uzwiązkowienie w Polsce jest 2,5 razy mniejsze niż średnia europejska. W krajach nordyckich do związków zawodowych należy ok. 70 procent pracowników, a w Islandii dziewięciu na dziesięciu.

Dzięki możliwości jednostronnego wypowiadania układów zbiorowych, systematycznie spadała także liczba pracowników objętych takimi kolektywnymi umowami. W samym XXI wieku odsetek pracowników objętych układami zbiorowymi nad Wisłą spadł z 25 do 15 procent. Upowszechnienie układów zbiorowych w Polsce jest trzecim najniższym w Europie. W Belgii, Francji i Austrii układami zbiorowymi objętych jest ponad 95 procent pracowników.

Marazm społeczny zaraża

Nie przyjęły się nad Wisłą także rady pracowników, które postanowiono wprowadzić na początku XXI wieku, ale zrobiono to tak, żeby pozostały one jedynie na papierze. Ich rolę sprowadzono w zasadzie jedynie do tego, że mogą się ubiegać o różnego rodzaju informacje od swojego pracodawcy. Nie ma też żadnej sankcji za brak rady pracowników w firmie. Nic więc dziwnego, że działa ich w Polsce nieco ponad 500, choć firm, w których formalnie powinny one istnieć (tj. zatrudniających więcej niż 49 pracowników), funkcjonuje 17 tysięcy.

W sumie więc zaledwie co czwarty pracownik w Polsce jest objęty jakąkolwiek ochroną organizacji pracowniczej – związku zawodowego, układu zbiorowego lub rady pracowników.

W wielu krajach Europy Zachodniej istnieje też zasada zasiadania reprezentantów pracowników w ciałach zarządczych przedsiębiorstwa – w zarządach lub przynajmniej w radach nadzorczych. W Niemczech takich reprezentantów zasiada w tych ciałach ok. 4 tysiące, a w niewielkiej Norwegii nawet ok. 6 tysięcy. W prawie 40-milionowej Polsce jest ich zaledwie kilkuset, niemal wyłącznie w przedsiębiorstwach państwowych.

Taka sytuacja musi się przełożyć nie tylko na relacje wewnątrz przedsiębiorstw, z którymi pracownicy nie czują się związani, bo są pozbawieni wpływu na losy firmy. Degradacja organizacji pracowniczych przekłada się także na większą bierność społeczną w innych obszarach życia. Związki zawodowe są podstawowymi formami organizacji społecznych, gdyż są związane z miejscami pracy, tymczasem większość dorosłych ludzi pracuje, a niemal każdy ma jakieś doświadczenie zawodowe. Najłatwiej jest zaangażować się społecznie w miejscu, w którym spędza się 8-10 godzin dziennie. Związki zawodowe są więc często wstępem do działalności społecznej na innych polach. Za to bierność w pracy przekłada się także na bierność poza nią. Marazm społeczny w przedsiębiorstwach rozlewa się także na inne obszary życia społecznego, leżące poza gospodarką.

Odbudować dialog społeczny

Polska stała się krajem, w którym aktywność społeczna jest uważana za dziwactwo. Po co tracić czas na angażowanie się, skoro można ten czas wykorzystać na budowanie osobistej pozycji? Nic więc dziwnego, że wskaźniki jakości relacji społecznych czy aktywności społeczeństwa należą w Polsce do najniższych w Europie. Według Eurostatu zaledwie 7 procent Polaków należy do jakiejś formalnej organizacji społecznej. Średnia unijna jest prawie dwa razy wyższa – wynosi 13 proc. We Francji i Holandii co czwarty obywatel należy do jakiejś organizacji, w Wielkiej Brytanii co piąty, a w Szwecji prawie co trzeci.

W rankingu „Better Life Index” prowadzonym przez OECD, w segmencie „jakość relacji społecznych” Polska znalazła się na miejscu siódmym od końca. Dlaczego? 14 procent Polaków jest przekonana, że w razie prawdziwych problemów nie będzie się miała do kogo zwrócić. To się może wydawać niewiele, tylko że w Islandii takich ludzi jest 2 procent, a w Nowej Zelandii 4 procent. Gorsze wsparcie społeczne niż w Polsce jest jedynie w Korei Południowej, Grecji, Meksyku, Chile, Turcji i na Węgrzech.

Według danych portalu „Puls HR” 87 proc. polskich pracowników nie angażuje się w pracę. Nic dziwnego, skoro nie czują żadnego związku z przedsiębiorstwem, w którym pracują. Co zaś wynika z braku poczucia wpływu na jego losy. Ta bierność rozlewa się także na inne obszary życia społecznego. Z marazmem społecznym najlepiej zacząć działać odbudowując znaczenie organizacji pracowniczych. Jest wiele sposobów. Na początek należałoby zadbać o wprowadzenie rad pracowników do wszystkich firm, w których według ustawy powinny one działać – na przykład poprzez wprowadzenie sankcji za ich brak. W krajach nordyckich każdemu nowo zatrudnianemu pracownikowi daje się wraz z innymi papierami wniosek o przystąpienie do związku zawodowego. Oczywiście nowy pracownik nie ma obowiązku go podpisać, ale może – faktycznie przekłada się to na zdecydowanie wyższe uzwiązkowienie. Warto tez wprowadzić wymóg istnienia układu zbiorowego we wszystkich dużych przedsiębiorstwach, tj. powyżej 250 zatrudnionych. A także zacząć pracować nad branżowymi układami zbiorowymi w Radzie Dialogu Społecznego. Gdy Polacy przekonają się, że mogą wywierać realny wpływ na swoje miejsca pracy, to poczucie sprawczości przełoży się także na inne obszary życia społecznego – od dbania o wspólnoty lokalne po politykę krajową.

Piotr Wójcik

Publicysta ekonomiczny. Współpracuje z „Nowym Obywatelem”, "Krytyką Polityczną'„Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.